„Nie lubię szlagierów”
Wśród tej najbardziej wymagającej publiczności oceniającej piosenkarza nie według jego błyskotliwej i hałaśliwej kariery, lecz miarą muzykalności, walorów wokalnych i tzw. kultury scenicznej - ŁUCJA PRUS zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nie należy wprawdzie do piosenkarek okupujących muzyczne audycje radiowe, niezbyt często oglądamy ją na estradach, ale jej udział w festiwalach uwieńczony jest na ogół laurem. Tak było w tym roku w Opolu: Łucja Prus otrzymała nagrodę dziennikarzy za wykonanie piosenki "W żółtych płomieniach liści", zdobyła też Złoty Mikrofon - nagrodę Agencji Polsko-Amerykańskiej, przyznawaną przez jury festiwalu. Przypomnijmy jeszcze, że w 1965 r. w Opolu pani Łucja "wyśpiewała" nagrodę dla piosenki "Dookoła noc się stała" i wyróżnienie za "Jawność", w rok później dwa wyróżnienia za: "Odro, rzeko" i "W dziką jakłoń cię zaklęłam". Wszystkie nagrody dla piosenkarki wielbiciele jej głosu przyjmowali z dużym entuzjazmem, nigdy nie zdarzyło się, żeby kwestionowano werdykty jury. Nic dziwnego, Łucja Prus zanim zaczęła profesjonalnie śpiewać, zdobyła rzetelne podstawy do wykonywania tego zawodu. Najpierw uczyła się w podstawowej szkole muzycznej - w klasie skrzypiec, a później ukończyła klasę śpiewu w średniej szkole muzycznej. Śpiewa siódmy rok, piosenkarstwo nie jest jednak jej wyłącznym zajęciem. Dlaczego?
- Moja praca i zainteresowania - odpowiada pani Łucja - koncentrują się również wokół muzyki poważnej. Opracowanie repertuaru z tej dziedziny pochłania mnóstwo czasu, dlatego właśnie na piosenkarstwo nie pozostaje go wiele.
- Jak wobec tego wykorzystywać cząstkę czasu? Nie śpiewa Pani przecież "co wpadnie w ręce".
- Wybieram tylko to, co mnie bardzo zainteresuje. W piosence szukam przede wszystkim nastroju. I w tekście, i w muzyce. Jeżeli tego nie znajduję, po prostu - nie śpiewam.
- Jakie różnice występują w przygotowywaniu dwóch odrębnych repertuarów?
- Muzyka poważna to przede wszystkim codzienne, systematyczne ćwiczenie głosu. Taki "sportowy" trening. Z piosenką jest inaczej. Nie mam trudności z jej wokalnym wykonaniem, ale czasami "noszę ją w sobie", dopóki nie uchwycę adekwatnego do melodii i treści nastroju. Może trwać to kilka dni, a czasami o wiele dłużej.
- Śpiewa Pani tzw. muzykę ilustracyjną i piosenki w spektaklach telewizyjnych i w filmach?
- W spektaklu "Andromacha" Eurypidesa śpiewam tekst starogrecki. W filmie "Brzezina" pieśń do słów Iwaszkiewicza z muzyką Korzyńskiego, a piosenki w "Poznańskich słowikach", "Kochankach z Marony" i "Albumie polskim".
- Mężem Pani jest kompozytor i aranżer, Andrzej Mundkowski. Jak przebiega współpraca w muzycznym małżeństwie?
- W repertuarze mam tylko dwie piosenki męża, skomponowane do wierszy Wisławy Szymborskiej: "Nic dwa razy się nie zdarza" i "Jawność". Nie istnieje więc między nami współzależność typu: autor i wykonawca, a każde z nas zajęte jest na ogół własnymi, zawodowymi problemami. Jeżeli już o kompozytorach mowa, to chciałabym powiedzieć, że od dawna współpracuję z Adamem Sławińskim, który powierzył mi nie tylko swoje piosenki, ale i tzw. muzykę poważną, jaką była piękna muzyka do "Andromachy".
- A czy preferuje Pani teksty "kobiece"? Większość piosenek śpiewa Pani do słów Szymborskiej i Osieckiej.
- Rzeczywiście. Ale teksty te mają właśnie nastrój, jakiego szukam. Wśród mężczyzn nie bardzo znajduję tego rodzaju autorów.
- Nie śpiewała Pani nigdy piosenki tzw. szlagierowej.
- Większość polskich przebojów odbiega charakterem od tego, co mi odpowiada, dlatego nie podjęłabym się ich zaśpiewania. Trzymam się swoich upodobań, wyjątek robię jedynie dla ballady.
- Niektóre Pani piosenki zdobyły ogromną popularność.
- Zaskoczyło mnie, że piosenka "W żółtych płomieniach liści" utrzymuje się od 3 miesięcy na młodzieżowych listach przebojów. Powiada się, że znajdują się na nich utworu "do słuchania", a nie "do śpiewania", jednak proszę mi wierzyć, że słyszałam wielu przypadkowych ludzi nucących "Dookoła noc się stała", czy "W żółtych płomieniach...". Zastanawiam się, czy piosenki te nie mają cech szlagieru.
- Jeżeli stały się tak popularne, to duża w tym zasługa wykonawcy. "W żółtych płomieniach liści" śpiewa Pani razem ze Skaldami. Od jak dawna współpracujecie ze sobą?
- Od ubiegłego roku. Pierwszym wspólnym nagraniem była piosenka Andrzeja Zielińskiego do słów Osieckiej: "Nie mnie jednej". Bardzo cenię Andrzeja jako kompozytora i, oczywiście, kolegę. Uważam zresztą Skaldów za świetny zespół. Wszyscy jego członkowie mają wykształcenie muzyczne, nie uprawiają więc bezmyślnej, aczkolwiek modnej, muzyki. Ciągle też pracują nad sobą.
- Sądzić zatem należy, że współpraca między Wami przyniesie dalsze rezultaty. Ale proszę jeszcze powiedzieć, nad czym ostatnio Pani pracowała?
- Przygotowywałam dla redakcji muzyki poważnej Polskiego Radia audycję z pieśniami Schuberta, Ryszarda Straussa, Berga i Szymanowskiego.
- Powinnam to uczynić na początku - pogratulować nagród otrzymanych w Opolu!
- Dziękuję najserdeczniej. Szczególnie cenię sobie nagrodę dziennikarzy, przed których opinią piosenkarz odczuwa dużą tremę. Wyróżnienie przez nich jest bardzo zaszczytne.
Rozmawiała: Elżbieta Treger
Fot. M. Gadzalski
Źródło: Nowa Wieś (nr 41/70r)