Nic dwa razy się nie zdarza

Nic dwa razy się nie zdarza. Ani nikt. Ewa Demarczyk jest w Polsce jedna. Oprócz niej poezją śpiewaną zajmuje się zaledwie kilka piosenkarek: Joanna Rawik, Magda Umer, ostatnio Małgorzata Bratek… W tym nielicznym — i jakże przyznajmy, dość ekskluzywnym gronie — Łucja Prus zajmuje pozycję wyjątkową.

Nie ulega ekspresyjnej manierze rodem z Piwnicy pod Baranami (czego nie ustrzegła się na przykład wspomniana już Małgorzata Bratek, kopiująca niemal dosłownie pewne chwyty sceniczne „pierwszej damy polskiej piosenki”), ani nie szuka ucieczki w eterycznych wizjach à la Magda Umer.

Śpiewa poezję — chciałoby się sięgnąć po paradoks — „konkretnie”: barwne i soczyste, niekiedy niepozbawione nutki humoru, zawsze związane blisko z realnym życiem. U Łucji nawet kiedy diabeł spotyka się z aniołem, nie wiodą teologicznych dysput, tylko postanawiają skoczyć razem na małe piwko. Sprzedał diabeł aniołowi duszę wściekłą i… „stworzyli razem piekło z odrobiną nieba”.

Stąd może znaczna, jak na ten rodzaj piosenkowania, popularność utworów śpiewanych przez Łucję Prus. Już jej pierwsze piosenki — debiutowała, zdobywając II nagrodę, na konkursie zorganizowanym przez Polskie Radio — wyróżniały się korzystnie spośród modnych wówczas utworów, rywalizujących o Grand Prix banalności.

Co było później? — zapytaliśmy piosenkarkę, która przypomniała się naszej publiczności serią koncertów w pierwszej części „drugiej tury” występów Warrena Schatza w Polsce (poprzednio towarzyszył mu inny przedstawiciel piosenki poetyckiej — Tadeusz Woźniak).

— Potem było Opole i piosenka, której tytuł brzmi dziś dla mnie zniechęcająco — „Nic dwa razy się nie zdarza”. Zdarzyło się bowiem, że na III Festiwalu Opolskim otrzymałam główną nagrodę ministra kultury i sztuki, zaś sama piosenka, skomponowana przez Andrzeja Mundkowskiego do poetyckiego tekstu Wisławy Szymborskiej dość znaczną popularność.

Nie ma reguły bez wyjątku. Na kolejnym IV KFPP w Opolu znowu zdobyła Pani nagrodę…

— Tak, drugą. Tym razem za piosenkę Adama Sławińskiego i Agnieszki Osieckiej „Dookoła noc się stała”. Istotnie, także ten utwór spodobał się publiczności, nawet może bardziej niż „Nic dwa razy się nie zdarza”. Ale zwycięstwo w Opolu można przeżyć tylko raz… Żadne późniejsze laury — nawet te dla bardzo lubianej przeze mnie piosenki Zielińskiego i Osieckiej „W żółtych płomieniach liści”, czy ubiegłorocznego „Walca szczęścia” Lauro i Kofty — nie zrobiły już na mnie tak silnego wrażenia.

Postanowiła więc Pani szukać czegoś nowego?

— W pewnym sensie. Jest to nadal poezja, tyle że „inna”. Raz będzie to sceptyczny, pełen melancholijnej ironii przebój Gilberta O'Sullivana „Alone again, naturally”, kiedy indziej zaś strofy Szekspira. Śpiewana przeze mnie piosenka „Szedł chłopiec ze swoją dziewczyną”, pochodzącą z musicalu Aleksandra Bardiniego i Macieja Małeckiego „Ćwiczenia z Szekspira” odniosła duży sukces w telewizyjnym Studio 13.

Mówi się, że piosenka stała się nowym sposobem „publikowania” poezji…

— Wydaje mi się, że nie można pojmować tego dosłownie. Bez wątpienia jednak piosenka może być swojego rodzaju „pasmem transmisyjnym”, za pomocą którego oryginalne treści poetyckie przybliżone zostają szerszemu niż kiedykolwiek kręgowi odbiorców. To bodajże Jacques Brel, który debiutował jako poeta, stwierdził, że dopóki pisał na papierze czytało go dwa tysiące osób... Jako piosenkarz mógł przemawiać do setek tysięcy. Ale jak pan widzi i to mu nie wystarczało: rzucił ostatnio piosenkę dla aktorstwa.

A jak na to reagują sami poeci… ci żyjący?

— Rzeczywiście, Szekspir ani Norwid nie mogą już nam powiedzieć co o tym sądzą. Natomiast współcześni twórcy, których wiersze śpiewam, nie mają mi za złe moich prób. Jedna z autorek powiedziała nawet w którym z wywiadów, że gdyby umiała śpiewać, chciałaby śpiewać swoje teksty jak ja.

Nagrała Pani dotychczas tylko jedną płytę — czwórkę „W żółtych płomieniach liści”, na której znalazły się też „Dzień dobry, do widzenia” i „Ach, nie mnie jednej”. Kiedy możemy liczyć na longplay?

— Jeśli wierzyć Polskim Nagraniom — już niedługo. Na płycie znajdzie się bardzo dużo wierszy Szymborskiej, Osieckiej, Śliwiaka, Jonasz Kofta dopisał mi tekst(„Godzina cienia”) do mazurka z Suity Brazylijskiej Vilii Lobosa. Muzykę do wierszy naszych poetów skomponowali Mundkowski, Kaszycki, Zieliński. Całość będzie miała charakter recitalu poezji śpiewanej.

Poeci uwolnili się od kompleksów związanych z tą formą popularyzacji ich tekstów. Wśród piosenkarzy jednak nadal pokutuje pogląd, że „łatwiej” jest śpiewać poezję niż… po prostu śpiewać.

— W niektórych przypadkach aktorstwo wyrównuje może niedostatek głosu, nie sposób jednak śpiewając wierszem — nie być muzykalnym. Czy ktokolwiek mógłby zarzucić brak muzykalności Ewie Demarczyk lub Czesławowi Niemenowi? Osobiście mam skromniejsze aspiracje w tej dziedzinie, lecz na dyplomie w PŚSM w Warszawie u prof. Jadwigi Krużanki-Reisowej śpiewałam Haendla i Rossiniego. Arię Rozyny z „Cyrulika Sewilskiego„ chętnie zresztą zaśpiewałabym jeszcze raz. Istnieje zasadnicza różnica miedzy melodeklamacją a „poezją śpiewaną„. Choć obie wymagają wyczucia frazy, ta druga nie może się obejść bez tego szczególnego rodzaju wyobraźni muzycznej, który potrafi uwolnić wiersz od ciężaru słowa i pozwala mu zacząć zupełnie nowe życie.



Rozmawiał: Zygmunt Kiszakiewicz

Źródło: Panorama (nr 15, 15 IV 1973 r.)

Darmowe statystyki