Jak policzyć mrówki w lesie?

Przed kilkoma tygodniami Łucja Prus wróciła z koncertów w Szwecji. Dla mieszkającej tam Polonii śpiewała w języku polskim, Szwedom natomiast przybliżyła piosenkę polską w języku angielskim i niemieckim. Program przyjęto gorąco i serdecznie, o czym świadczą liczne recenzje i zaproszenia na nagrania.

— Występując za granicą musimy pamiętać o barierze językowej i dobrze jeżeli artysta potrafi ją pokonać. Moje piosenki to nie tylko muzyka, ale i słowa, które wiele znaczą. Dopiero wtedy można mówić o sukcesie, gdy te dwa podstawowe elementy zostaną przekazane w sposób zrozumiały. Sądzę, że warto postarać się, aby nasza oryginalna polska twórczość została właściwie oceniona... Często wyjeżdżam do RFN, gdzie zawsze staram się zaprezentować coś nowego. Na przykład wspólnie z Andrzejem Łapickim przygotowaliśmy i przedstawiliśmy program pt. „Adam i Ewa” (wybór polskiej poezji od Leśmiana do Białoszewskiego w znakomitych przekładach Karla Dedeciusa).

— Czy dlatego tak mało Pani ostatnio nagrywa?

— Może jestem zbyt wymagająca, może zbyt leniwa. A może obecnie bardziej przemawia do nas muzyka niż słowa? Nie mogę znaleźć odpowiednich dla siebie tekstów. Często mam wątpliwości repertuarowe, a tego nie lubię. Lubię mieć pewność, że to, co robię jest dobre.

Tym bardziej, że wyrosłam już ze śpiewania takich sobie piosenek, a znalezienie odpowiedniego tekstu, który spełniałby warunki, jakie mu stawiam, jest trudne. Piosenka, którą chciałabym zaśpiewać powinna być urokliwa i pełna poezji lub dobrego żartu. Z muzyką jest łatwiej, ponieważ jest wielu znakomitych kompozytorów, jak m.in. Włodzimierz Nahorny, Adam Sławiński, który niestety ostatnio nie pisze zbyt wiele, czy Krzesimir Dębski.

— Niestety, bardzo rzadko występuje Pani również na koncertach.

— Niezupełnie, śpiewała w Sali Kongresowej z okazji Dnia Kobiet, miewam także koncerty kameralne ze znakomitym muzykiem Włodzimierzem Nahornym. Podczas tych spotkań z dużą przyjemnością śpiewamy i gramy dla ludzi, którzy przychodzą i chcą nas bliżej poznać. Kameralistyka to forma, którą uprawiam najchętniej. Żałuję, ze nie jest zbyt popularna.

— Przed kilkoma laty nagrała Pani kasetę i płytę pt. „Łucja Prus — dzieciom”.

— Żałuję, że wyszła w tak małym nakładzie, że prawie jej nie było. A szkoda. Piękne instrumentacje Adama Sławińskiego przybliżyły dzieciom piosenki Mozarta, Chopina, Noskowskiego, natomiast urocze kompozycje Jerzego Wasowskiego przypomniały dzieciom bajki Pana Jachowicza... Chodziło przede wszystkim o utrwalenie ginącej tradycji. Obserwuję moją sześcioletnią córkę i wiem, że będzie dzięki lekcjom rytmiki, koncertom, audycjom będzie słuchaczką zróżnicowanej muzyki.

Powinniśmy więcej uwagi poświęcać przedszkolakom. Ważne rzeczy rozgrywają się właśnie w przedszkolu i w pierwszych latach szkoły. Później jest już „po herbacie”. Dzieci bezkrytycznie słuchają list przebojów. Mam pewne pomysły z tym związane, lecz jest jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić.

Proszę jeszcze powiedzieć, jak spędza Pani wolny czas?

— Trudno mówić o wolnym czasie, skoro doszły obowiązki domowe zrozumiałe dla każdej matki. Lubię poza tym być w domu, gotować, piec ciasta (często korzystam z rad pani Gumowskiej). Mam również psy i kota, żyjące ze sobą w wielkiej zgodzie — i nie narzekam... W wolnych chwilach czytam książki. Najbardziej cenię pozycje z serii Ossolineum — biografie wielkich ludzi. Interesuję się przyrodą. Przepadam za rozmową z mądrymi ludźmi, dobrymi ogrodnikami, leśnikami, od których dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy, np. jak policzyć mrówki w lesie... Ponieważ nadchodzi wiosna, najwyższy czas na rozpoczęcie wiosennych porządków w domu, w ogródku i we własnej duszy. Zbliża się Wielkanoc. Z tej okazji pragnę złożyć Czytelnikom „Stolicy” najlepsze życzenia świąteczne.


Rozmawiała: Maryla Cudzewicz
Fot.: Mirosław Stankiewicz
Źródło: Stolica (nr 13, 31 marca 1985 r.)

Darmowe statystyki